czwartek, 26 stycznia 2012

Piazza Espresso Cafe - mmmmmm....

Piazza Espresso Cafe
Piotrkowska 125

Ostatnio marudziłam, że w Zaraz Wracam nie ma śniadań, czyli kawy i rogalika. Jednak zaraz obok mojego domu w maluteńkim lokalu pomiędzy biurem podróży a komisem z telefonami na piotrkowskiej przy Zamenhoffa ulokowało się Piazza Espresso Cafe. Jak jeżdżę do Włoch to uwielbiam tę tradycję schodzenia "na dół" na śniadanie. Tam jest to wszędzie. U nas zupełnie nie ma tej kultury. Jeśli w ogóle to śniadanie jemy na szybko - kanapkę ze starego chleba lub płatki. Albo porywamy coś w spożywczaku po drodze do pracy. Jednym z powodów dla których wybrałam mieszkanie na Piotrkowskiej (pomimo wielu uciążliwości) był fakt bliskości wielu knajpek i kawiarni. Cieszę się na nadejście lata kiedy będę mogła jeść śniadanie w ogródku Monako np.
Ale do rzeczy. Widziałam to miejsce, bo przechodzę tam często jednak w jakiś niewytłumaczalny sposób wydaje mi się niedostępne. Któregoś dnia weszłam. Myślę sobie jako "specjalista od marketingu" przeanalizuję sytuację od środka. Co takiego się dzieje, że ludzie tam nie zaglądają. Bo nigdy w środku nikogo nie widziałam.
Zastałam przepiękne croissanty i pain au chocolat czyli bułeczki z czekoladą, donaty, muffinki. Bardzo dobra kawa i wszystko w przystępnych cenach. Ale ciągle pusto. I niby neon jest, i daszek oznakowany, a nadal nie przyciąga. Zatem ja stwierdzam - kochani wchodźcie tam, a będziecie wracać. Wypieki przepyszne, pani ekspedientka przemiła. Wszystko ładnie spakowane, kubeczki papierowe (nie plastik) do tego wybór cukrów brąz/biały i słodzik. Czekolada i cynamon do posypania. Wypieki są zawijane w bardzo ładne opakowania i pakowane do papierowej torebki z firmową naklejką. Czyli niby wszystko w porządku, a jednak coś nie tak. Będę się zastanawiać dalej... A tymczasem serdecznie polecam w drodze do pracy, szkoły czy przyjaciela.

Uściski,
Lu

środa, 25 stycznia 2012

Presto czyli presto do toalety po jedzeniu.

Jak wynika z tytułu nic dobrego w materii kulinariów oprócz chałki z masłem mnie dzisiaj nie spotkało.

Kuchnia włoska jest zdecydowanie moją ukochaną kuchnią, co więcej dość dużo o nie wiem. Niestety w naszym mieście włoskiej kuchni na pęczki a prawdziwej z prawdziwymi włoskimi produktami niewiele. Jednak nie o tym dzisiaj ten wpis. Otóż żarcie z dowozem vol kolejny.
rozliczamy projekt Oratorium

Niestety rozliczenia projektów mają to do siebie, że dłużą się jak oczekiwanie na dania z HaLong.
W związku z tym przy całkowitym braku zaprowiantowania postanowiły przyjaciółki wraz z Barbarą zamówić żarcie z dowozem, które nigdy skrętem kiszek nie skutkowało. Zamówiły co następuje:
z lokalu Presto Pizza ul. Piotrkowska 142

Gnocchi z grzybami- Gnocchi con funghi
Gnocchi z czterema serami – Gnocchi con quattro formaggi
Lasagne z pomidorami
Pizzę małą Funghi z pieczarkami

Pizza przyjechała bez sosów, to panu wybaczyłyśmy, przeprosił nas pięknie. 
Co do reszty: 
Lazania była taka, że zgaga boli osobę spożywającą do teraz. czyli od 4 godzin. 
Gnocchi z czterema serami - ser byl jeden - pleśniowy koszmarnej jakości, dużo pieprzu, złej jakości i generalnie do dupy!
Gnocchi z grzybami - najlepsze ze wszystkich wyżej wymienionych, jednakowoż zaskutkowały po wejściu do domu wejściem presto do toalety. 

Jednym słowem zostałyśmy otrute. Pizza jedynie była dobra, ale zdarzyło mi się zamówić tam kiedyś Bianca Romana czy jakoś tak - licząc na to że będzie choć w połowie taka dobra jak w Toscanii na Piotrkowskiej 101 moja ukochana margheritta italiana. Niestety. 

Kolejne miejsce z listy miejsc odwiedzanych skreślono. Co nam zostanie? ;/ 
Smutek, żal, ból brzucha i zużyty papier toaletowy. 
Notka nieco fekalna aczkolwiek prawdziwa. Zatem - uważajcie kochani. Było kiedyś dobrze ale się spsuło. 

Wybiła 22. Może by tutaj upiec jakieś ciacho? 

Ściskam
Lu



whisky w (gardle i) kuchni, czyli prosty przepis na pyszną pieczeń

Czasami w nocy... śnią mi się piraci...

Wszyscy doskonale wiedzą, że jedzenie po godzinie 18 jest niezdrowe. Można się z tym zgodzić pod warunkiem, że doba owej osoby dla której jedzenie po 18 miałoby być niezdrowe kończy się o 22. U mnie po 22 w kuchni dzieją się rzeczy najciekawsze. Nagle opętuje mnie szaleńcza mania pożądająca kulinarnego uniesienia. Co robić w takiej sytuacji? Nic nie pomoże. Walka z wiatrakami. Odwracanie uwagi poprzez wielokrotne udawanie się do toalety, zmywanie oraz malowanie paznokci, picie wody, zmywanie, sprzątanie, pranie, oglądanie serialu, usiłowanie zasnąć NIE POMAGA! Donkiszotyzm kompletny. Należy poddać się uniesieniu i delikatnie acz z godnością chwycić nóż oraz przygotować deskę do krojenia. Nie odczuwać porażki. Uczucia i żądze należy realizować z/bez (niepotrzebne skreślić) rozsądkiem.

W takich momentach dzieją się takie rzeczy:

Lista zakupów:
1) kulka cielęciny (taki kawałek co jest 'od szynki)
2) woreczki do pieczenia
3) zakłada się, że każdy z czytelników którzy do momentu tego dotrwali ma w zapasie nieco whisky zakupione w promocji Johnego Walkera czyli litr za cenę pół, zatem zakup ten konieczny nie będzie.
4) zioła = tymianek, majeranek, czosnek, zioła prowansalskie, odrobina świeżej bazylii
5) łyżka miodu, trochę oliwy oraz masła, sól i świeżo zmielony pieprz.

Sprawa przedstawia się następująco:
bierzemy woreczek. do woreczka ładujemy mięso. do mięsa ładujemy wszystko jak wyżej wymienione. masła, oliwy, ziół, soli i pieprzu, miodu, czosnku i rozcieramy w tymże worku po mięsie, ładujemy do lodówki na godzinę. Następnie rozgrzewamy piekarnik, ładujemy worek do piekarnika, czekamy obserwując co się dzieje. Piekarnik w temperaturze około stopni 180 - czas pieczenia 1 kg = 1 h 30 minut ale należy obserwować, bo jak przyjaciółka była uprzejma stwierdzić co kraj to obyczaj co piekarnik to inny termostat. Po upieczeniu owej cielęciny wywalamy ją z woreczka do naczynia i kroimy na bardzo cienkie plasterki. Podajemy z sosem który wytworzył się nam w tym cudownym procederze oraz  kluskami łyżką kładzionymi które robimy tak:

mąka,jajko,mleko i sól łączymy do gęstości gęstej śmietany (kolejne precyzyjne proporcje).
 gotujemy wodę z solą i odrobiną masła. moczymy łyżkę (NAJWAŻNIEJSZE) mokrą łyżką nabieramy pierwszą kluskę i taplając łyżkę w gotującej wodzie pozwalamy jej opaść na dno aby po ugotowaniu jak feniks z popiołu wyłoniła się nagle ukazując nam cały swój wdzięk i urok. czynność powtarzamy do opróżnienia naczynia z ciastem na kluski, wyławiamy wszystkie podajemy wraz z mięsem. patrzymy jak się uśmiechają goście. uśmiechamy się. zalegamy. wychodzimy ze psem lub na spacer po fajki.

cielęcina w whisky z miodem
pozostając z szacunkiem dla czytelników, spróbowawszy zaledwie jednego malutkiego kawałka udaję się do snu, który mam nadzieję przyniesie nowe fantazje, które poprowadzą mnie do kolejnych udanych bardziej lub mniej kulinarnych ekscesów.
Wasza korespondentka
Lu
02:11 AM dnia 25.01 roku pańskiego 2012


wtorek, 24 stycznia 2012

z cyklu zupy błyskawiczne, ale nie z proszku

Pomidorowa

Odsłon pomidorowej w moim wykonaniu jest co najmniej kilka. Ta pomidorowa jest najszybsza na świecie, wegetariańska i (chyba) zdrowa. Zatem:
1 litr soku pomidorowego
1,5 torebki ryżu (szklanka i trochę)
3 łyżki mrożonej lub świeżej włoszczyzny pokrojonej w paski
trochę (słynna miara) masła
trochę (w zależności od upodobań) śmietany 18%
oraz lubczyk (najlepiej świeży) sól oraz pieprz

Jak owe dzieło przygotować?
Włoszczyznę wraz z ryżem zalać wodą (ok litra). Lekko posolić, gotować aż ryż będzie miękki. Wlać sok pomidorowy, doprawić solą, pieprzem oraz lubczykiem. Następnie zaprawić śmietaną. Et voila. Zupa błyskawiczna w 20 minut. A jaka dobra!

Jeśli ktoś taką dzisiaj będzie jadł w domu to smacznego, a jeśli na mieście to czekamy na informacje gdzie zupa pomidorowa jest dostojna i godna.

miłego dnia
Lu:)

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Zaraz Wracam

Zaraz Wracam Bistro, Piotrkowska 101
http://www.zarazwracambistro.pl/ http://www.facebook.com/pages/Zaraz-Wracam/



  • ceny do 20zł
  • dania wegetariańskie w menu (wiele różnych)
  • czynne od 12 do 22
Kuchnia francuska zazwyczaj kojarzy się (nie zawsze słusznie) z żabimi udkami, ślimakami, cierpkimi winami oraz serami. W Zaraz Wracam ślimaków i żab (jeszcze) nie widziałam. Szczęśliwie, bo z tej wyliczanki najbardziej lubię sery i cierpkie wina. 


Do Zaraz Wracam można wracać od 12 do 22, czasami troszkę dłużej, gdy banda szaleńców przejmie pianino i zacznie śpiewać... 
Często rano żałuję, że do ZW nie mogę wpaść na petit déjeuner (śniadanie), które mogłoby być croissantem, pain au chocolat czy też bagietką. Tego mi brakuje - macie przepyszną kawę, postuluję o rogaliki!


Natomiast można tam zjeść przepyszne zupy warzywne, które zmieniają się sezonowo. Zaraz wracam chwali się oryginalnymi produktami, zmiennym menu i chwilą wytchnienia, które oferują w swoich progach. Zdecydowanie wszystko to tam znajdziemy. 
Przepyszne tarty (moja ukochana jest z kozim serem i konfiturą z czerwonej cebuli, na którą przepis poniżej) - każda inna, każdego dnia jakaś nowa. Łączą smaki, których inni się boją, a my próbujemy i zazwyczaj nie ma rozczarowania. Jednak królem Zaraz Wracam jest ich dressing do sałaty, który sprawia że zwykła sałata jest najlepszym na świecie zielonym akcentem na talerzu. 
copyrights: Zaraz Wracam Bistro (http://www.facebook.com/photo.php?fbid=253388884734467&set=a.112485945491429.16903.110857095654314&type=1&theater)


Plat du jour
Zaraz wracam nie pozwala się nudzić. W menu każdego dnia pojawia się ciepłe danie, którego zawsze warto spróbować. 


No i ciasta. Ja ze słodyczy najbardziej lubię śledzie i tatara, więc zasadniczo wypowiadać się nie powinnam, niech miłośnicy ciast (ekhm!) się dopiszą. Powiem tylko tyle - wyglądają przepięknie. Oprócz ciast są też ciasteczka przeróżne np. pachnące różą, lub z białą czekoladą. 


Zdecydowanie polecamy, zapraszamy. Piękne miejsce, latem kilka stoliczków na zewnątrz. Dobre wino, dobra kuchnia, cudowni ludzie, którzy to prowadzą - pożyczają otwieracz do wina, dają na wynos w szkle (które zawsze odnosimy) i nawet w zimny dzień pozwalają wystawić stolik. I goldenom takim jak Dexter pozwalają biegać po zapleczu i w upalny dzień wodą napoją. Serdecznie pozdrawiamy i będziemy odwiedzać jako i odwiedzamy teraz. 


Konfitura z czerwonej cebuli - nadaje się do wszelakich eksperymentów. W Zaraz Wracam znajdziemy ją w mojej ukochanej tarcie z kozim serem, w innych knajpach na domowym pasztecie jako przystawka. John Malkovich podczas wizyty w Łodzi w starej Elektrowni na Tymienieckiego zajadał się pieczoną piersią z gęsi w sosie gruszkowym i konfitury z czerwonej cebuli z kapustą i winem, podobno był zachwycony. 


Potrzebujemy:
1 kg czerwonej cebuli
1/2 litra czerwonego wytrawnego wina (użyłem shiraz)
1/2 kg cukru
1/3 szklanki czerwonego winnego octu
2 łyżki oliwy
1 łyżka masła
1 łyżeczka ziół prowansalskich
sól i pieprz do smaku



Cebulę obieramy, uważając na palce i kapiące łzy. Łza w kuchni jest niepożądana, chyba że wzruszenia z dzieła, którego się dokonało. Kroimy w półtalarki. W garnku należy rozgrzać oliwę i masło. Cebulę szklimy a następnie dodajemy cukier. Lekko karmelizujemy, dolewamy nieco (na oko - słynna miara Lu) wina i octu i redukujemy, następnie wlewamy resztę płynów i redukujemy całkowicie. Przyprawiamy solą i pieprzem oraz odrobiną ziół do smaku. 
Gotową konfiturę warto przełożyć do wyparzonych słoików i jak nasze babcie czyniły - pasteryzować aby dłużej nam służyła. Można również spożyć szybko i dużo. Smacznego. 
Lu.

Chińskie pudełeczko

Tak zwane chińskie pudełeczko było obiektem pożądania mas oglądających amerykańskie seriale, których bohaterem stawało się niejednokrotnie. A u nas pudełeczek nie było tylko styropianowe klasery wypełnione po brzegi tłustym sosem słodko kwaśnym rozlewającym się rubasznie po makaronach, ryżach i sajgonkach z frytkami serwowanymi w towarzystwie surówki z białej kapusty, która w czasach prosperity ChinaTown przy Piotrkowskiej 138/140 posypana była zmiażdżonymi orzeszkami ziemnymi. China Town już nie ma, ale poszukiwacze orientalnych smaków na mapie Łodzi mogą odnaleźć nowe miejsca, które mniej lub bardziej szczęśliwie będą mogły zaspokoić ich oczekiwania. Dzisiaj będzie tylko o miejscach z chińskimi pudełeczkami.

 Noodle W Pudle http://www.noodlewpudle.pl/ czyli miejsce którego już w Łodzi nie ma.
 Na całe szczęście. Pomimo przyjemnej identyfikacji, która przyciągnęła nas oraz nazwy wpadającej w ucho dramat na całego. Koszmar! Koszmar! Jeśli kiedyś gdzieś Noodle w Pudle bedziecie mieli okazje mieć obok - nogi za pas!

ASIA HUNG - Galeria Łódzka
O tym miejscu później pewnie jeszcze kiedyś więcej, dzisiaj o chińskich pudełeczkach które tam można sobie zakupić. Korzystne cenowo, bardzo smaczne i zawsze uśmiechnięty Pan o orientalnych rysach rodem z filmów kung-fu zagadujący po polsku każdego klienta. Prawdziwe curry, liście z limonki, sos słodko-kwaśny na bazie pomarańczy czyli tak jak powinno być oraz sos z orzeszków ziemnych. Cuda się zdarzają - nawet w galeriach handlowych. To jedyny mankament, że aby zakupić sobie takie pudełeczko trzeba wejść pomiędzy stada spragnione szminek, butów i oczywiście PRZECEN.

 WOKtoGO - Piotrkowska 123
 Lokal najbliżej lokalizacji stałej Lu. Bardzo lubimy, pod jednym warunkiem. Można zamawiać wszystko, jednak należy po wybraniu składników które na oko uznamy za świeże (nie każdy i nie zawsze jest świeży) należy spojrzeć głęboko w oczy Pani lub Panu obsługującemu nas i dodać: POPROSZĘ BEZ GLUTAMINIANU. Glutaminian to taka substancja kryjąca się pod E621. Wikipedia stwierdza, że: "Nie jest klasyfikowany jako substancja szkodliwa i jest zalegalizowany w Unii Europejskiej pod nazwą kodową E621. Glutaminian sodu bywa uznawany za przyczynę tzw. syndromu chińskiej restauracji – choroby związanej z nadmiernym spożyciem glutaminianu sodu lub nadwrażliwością na niego. Objawy to zawroty głowy, palpitacje serca, nadmierna potliwość i uczucie niepokoju, notowane po spożyciu posiłku w azjatyckich restauracjach." Zatem aby nie dopadł nas syndrom chińskiej restauracji - zamawiajmy bez glutaminianu.

 Chińskie pudełeczka otworzyły wyścig do tytułu lokalu idealnego. Szukajcie a znajdziecie jak mówi pismo. Lu ;)